Albula Pass i Flüela Pass

Jesień to chyba moja ulubiona pora roku. Gdy tylko dopisuje pogoda jest to wymarzony czas na jazdę w górach. W tym roku pogoda była wyjątkowo łaskawa, nie mogłem więc tego nie wykorzystać.



Pod koniec września, gdy tylko w pracy zrobiło się nieco spokojniej, wziąłem urlop, wstałem (w miarę) wcześnie rano, zapakowałem rower do samochodu i pojechałem w kierunku Graubünden (Gryzonia). Plan był prosty – przejechać Albulę i Flüelę – chyba najbardziej znane przełęcze z tras Tour de Suisse.

Trasę planowałem od kilku lat. Ciągle jednak coś nie wychodziło. Tym razem w końcu musiało się udać. Samochodem dojechałem do Tiefencasten, tam zaczyna się pełna wersja (30.3 km) przełęczy Albula. Zaczynając w Davos pokonuje się wersję krótszą o około 4 km.

Albula Pass (2315 m n.p.m.)

Albula to długa, ale stosunkowo łagodna przełęcz. Nieco ponad 30 km przy średnim nachyleniu 4.7 % daje w sumie 1557 m przewyższenia. Początek to lekko pofalowana droga. Po około 8.5 km droga skręca w prawo, przejeżdża przez mały mostek i zaczyna piąć się w górę. Od 13 km robi się naprawdę stromo, momentami ponad 10 %. Na szczęcie po niecałych 2.5 km przełęcz znów odpuszcza i można ponownie cieszyć się widokami.

Bergün

Po 17 km wspinaczki droga wjeżdża do niewielkiej wioski. Można chwilę odpocząć, uzupełnić prowiant i ruszyć w dalszą drogę. Kolejne kilka kilometrów to jedne z najpiękniejszych tej przełęczy. Droga kilkukrotnie przejeżdża pod wiaduktami po których regularnie jeżdżą sławne Szwajcarskie czerwone pociągi Bernina Express.

Dalej jeszcze tylko kilka kilometrów i dojeżdża się do szczytu przełęczy i małej restauracji. Tu chwila przerwy, szybka zupa i zjazd do La Punt-Chamues-ch.

Kolejne 21 km to niemal płaska droga do Zernez. Jechałem tędy podczas Engadin Radmarathon’u i dochodzę do wniosku, że jedzie się tam chyba zawsze pod wiatr. Tym razem było przynajmniej bez pośpiechu. W Zernez krótka przerwa, 7 km lekko w dół i start kolejnej przełęczy.

Flüela Pass (2383 m n.p.m)

Flüela jest krótsza, ale zdecydowanie bardziej stroma. Na 12.9 km podjeżdża się w sumie 913 metrów. Średnie nachylenie to 7.1 %, maksymalne niecałe 13 %. Jest też zdecydowanie więcej samochodów i motocyklów. Zmęczenie powoli daje znać o sobie.

Przez pierwsze 4 km jest stromo. Pare kilometrów odpoczynku i znów robi się coraz ostrzej. Gradient nie ustępuje już niemal do końca. Pod koniec podjazdu znika las, pojawia się wiatr, który wieje znów w złym kierunku. Widoki robią się coraz bardziej epickie. Na szczycie kilka fotek i jedziemy dalej.

Zjazd do Davos to niesamowita frajda. Pusta droga, pokręcona niczym kolejka wysokogórska w parku rozrywek. Hamulce potrzebne są tylko kilka razy, później długi zjazd gdzie lepiej nie patrzeć na to jak szybko się jedzie. W końcu sławne Davos.

Davos

Niestety tym razem w Davos nikogo sławnego nie spotkałem. Może zła pora roku? Do Tiefencasten było jeszcze ponad 32 km, słońce powoli chowało się za horyzontem, nie było więc czasu na szukanie celebrytów.

Na szczęście poza krótkim 2.5 km podjazdem, reszta trasy to droga ciągle w dół. Nogi miały już dość, było jednak warto dokończyć pętle, bo widoki były wyśmienite. Zachodzące słońce dodawało uroku, a mi uśmiech nie schodził z twarzy.

Chwilę przed zachodem słońca byłem znów w samochodzie. Zmęczony, głodny, ale z aparatem pełnym zdjęć i głową pełną wspomnień. 126 km, 2685 metrów podjazdów i dwie piękne przełęcze. Warto było wyrwać się z biura i odwiedzić góry. W te strony wybiorę się jeszcze nie raz. Mam nadzieję, że już niedługo będę tam znów.

Newsletter

Bądź na bieżąco

Podobne wpisy