Säntis Classic 2016

Jednym z moich celów na ten rok jest wzięcie udziału w kilku imprezach rowerowych typu Gran Fondo. W Szwajcarii odbywa się ich kilkanaście. Mi najbardziej podobają się te z cyklu Swiss Cycling Top Tour. Jedna z nich - Säntis Classic wypadała na czas kiedy Paweł miał wakacje  w Szwajcarii. Nie mogliśmy więc tej okazji przegapić.

Säntis Classic to popularna impreza, w której w tym roku wzięło udział ponad 1800 kolarzy. Trasa ma około 130 km i 1800 m. przewyższenia. Punktem kulminacyjnym jest położona na 1278 m. przełęcz Schwägalp. Na nieco ponad 10 km podjeżdża się 534 m. (5.2%). Najtrudniejsze są ostatnie 4 km gdzie średnie nachylenie to 8.4%.

Na trasie nie ma pomiaru czasu. Chodzi jedynie o przejechanie całości i dobrą zabawę. Każdy w trakcie rejestracji mógł wybrać grupę ze względu na szybkość. My z Pawłem wybraliśmy grupę Hobby (21-24 km/h). Był to wybór dość konserwatywny, ale biorąc pod uwagę dużą ilość podjazdów woleliśmy mieć jakiś zapas.

Jedziemy

Paweł przyjechał w Sobotę. Następnego dnia mieliśmy brać udział w Säntis Classic, ale wszystkie prognozy pogody były zgodne – deszcz. Zgłoszenie wysłałem kilka tygodni wcześniej, pieniądze były wpłacone, nie było więc już odwrotu.

W niedzielę spakowaliśmy się wcześnie rano i koło 8 ruszyliśmy do Weinfelden z całymi rodzinami. Niecała godzina drogi i tuż przed 9tą byliśmy na miejscu. Chwila na ubranie się i poszliśmy odebrać numery startowe. Start o 9.40 więc mieliśmy jeszcze trochę czasu.

Ruszamy

Pogoda była w miarę ok – ciemno od chmur, ale przynajmniej nie padało. Nasza grupa została podzielona na 3 części, wrodzona nieśmiałość sprawiła, że ustawiliśmy się na samym końcu.

Wybiła godzina startu… i runął deszcz. Ledwo zdążyłem założyć kurtkę i ruszyliśmy. Pierwsze minuty były dramatyczne, deszcz lał się z nieba strugami, na asfalcie rzeki wody. Świadomość, że przede mną jeszcze 6h na rowerze sprawiała, że myślałem jedynie o powrocie.

Pierwsze kilometry były ciężkie, zmagania z pogodą i z własnymi słabościami wydawały się nie mieć końca. Kilka krótkich, ale dość sztywnych podjazdów dość mocno sprawdzały moją determinację. Zimno…

Powoli do przodu

Po prawie godziny jazdy, powoli zaczęło wychodzić słońce. Tempo coraz szybsze, powoli pojawiała się motywacja. Grupa pracowała coraz lepiej, kilometry leciały. Dogoniliśmy grupę, która startowała 5 minut przed nami… chwilę później kolejną… Czy ktoś tu nie ciągnie zbyt szybko?

Małe podjazdy stawały się coraz sztywniejsze i dłuższe. Nogi pracowały już dużo lepiej. Wybiło 50 km, dochodziła 2 godzina jazdy i w końcu dojechaliśmy do pierwszego bufetu. Przed nami był najtrudniejszy etap jazdy – przełęcz Schwägalp.

Schwägalp

Chwila odpoczynku i ruszamy. Do szczytu jechało się już nie w grupach, każdy trzymał się swojego tempa. Mi kręciło się nieźle. Trzymałem równe tempo i powoli kręciłem do przodu.

W połowie podjazdu znów zaczęło padać. Najpierw lekki kapuśniaczek… po chwili wielka ulewa lunęła z nieba. Jechałem coraz szybciej, myślałem tylko, żeby się gdzieś schować przed deszczem. Po nieco ponad godzinie byłem na szczycie.

Krótka przerwa na bufet zamieniła się w długie oczekiwanie na poprawę pogody. Po 20 minutach ciągle padało. Świadomość zjazdu w takich warunkach mnie przerażała. Grupa już dawno odjechała, w końcu ruszyliśmy więc z Pawłem sami. Z kolejnej godziny nie pamiętam zbyt wiele. Było więcej stresu niż przyjemności. W końcu udało się jednak zjechać i trzeba było zacząć kręcić, przed nami było jeszcze sporo.

Do celu

Pozostałe 50 km minęły dość szybko. Działo się wiele – jazda w szybkiej grupie, potworny deszcz i zimno, skurcze, skrajne wyczerpanie na podjazdach, przebłyski słońca i końcu powolna guma Pawła 20 km przed metą i moja 1 km przed metą. Jazda na przebitej szytce nie należy do przyjemności… szytka znów mnie niemal pokonała.

W końcu po nieco ponad 6 godzinach dojechaliśmy do mety. Jazda była ciężka, momentami ekstremalna, ale satysfakcja olbrzymia.

Podsumowanie

Pogoda

Coś, na co nie ma się żadnego wpływu. Pogoda była w większości beznadziejna. Momentami było trochę słońca, więc nie było tragicznie. Nie pochorowałem się, więc nie ma co narzekać.

Organizacja

O organizacji mogę się wypowiadać w samych superlatywach. Bez problemowa rejestracja w internecie, szybkie odebranie pakietu startowego, wszędzie dużo osób gotowych pomóc w każdej potrzebie. Nie wiem czego można chcieć więcej!

Trasa

Większość trasy to głównie boczne drogi gdzie samochodów jest niewiele. Widoki chyba piękne (było mgliście, więc nie wiem do końca). To nie to samo, co trasy w najwyższych Alpach, ale i tak bardzo pięknie.

Zabezpieczenie trasy

Byłem nieźle zaskoczony jak dobrze zabezpieczona była trasa. Na każdym skrzyżowaniu ktoś kierował ruchem, co chwila pojawiał się samochód albo motocykl organizatora. Nie było na co narzekać.

Trasa oznaczona dość dobrze. Nigdzie nie miałem wątpliwości gdzie jechać, nawet gdy jechałem sam. Jak na taką imprezę to naprawdę super!

Jazda w grupie

Mam mało doświadczenia w tej kwestii, więc byłem nastawiony na obserwację i naukę. Większość osób w mojej grupie wydawało się, że wie co robi, więc trochę się nauczyłem. Niewątpliwy plus.

Każdą grupę na przedzie i z tyłu miała kilku kolarzy odpowiedzialnych za nadawanie tempa. Samemu trzeba się było troszczyć żeby grupy nie zgubić na bufecie (co udało mi się kilka razy). Ogólnie pozytywne wrażenia.

Bufety

Na bufetach było wszystko co trzeba – kilka rodzajów owoców, batonów, paluszki, napoje izotoniczne i nawet ciepły bulion. Jedynie nieco dziwne rozmieszczenie samych bufetów i brak jakiejkolwiek informacji na temat ich rozmieszczenia psuły ogólne wrażenie. Ogólnie jednak było dobrze.

Ogólnie

Ogólnie jestem bardzo zadowolony. Był to mój pierwszy start w takiej imprezie i muszę przyznać, że bardzo mi się podobało. Mimo ciężkich warunków miałem mega dużo frajdy z jazdy, a o to przecież chodzi. Na pewno nie był to ostatni raz, powoli planuje kolejny udział w tego typu imprezie nieco później w tym roku. Już się nie mogę doczekać.