Sattelegg – pierwsza przełęcz roku

Jednym z moich celów na 2015 roku jest przejechanie 5 przełęczy alpejskich. Jak na razie Furkapass, Passo delo Stelvio i spółka są jeszcze zamknięte, ale jazda po płaskim już mi się znudziła i chciałem sobie przypomnieć, jak to jest, jeździć w prawdziwych górach. Powstał więc pomysł wyjechania na Sattelegg i przy okazji zrobienia wyzwania Gran Fondo na Stravie.

Sattelegg – 1192 m.n.p.m. (nie mylić z Sattelpass) to przełęcz alpejska w Kantonie Schwyz, niedaleko Jeziora Zuryskiego. Na górę prowadzi kilka dróg, mnie interesowała ta z miejscowości Siebnen – w sumie 11.7 km i 746 m. przewyższenia. Średnie nachylenie 6.4% nie oddaje prawdziwej trudności podjazdu, ma on kilka odcinków niemal płaskich, ale duża część jest sporo powyżej 10%, maksymalnie 14%.

Plan zakładał wyjazd z jednym znajomym, zrobienie co najmniej 130km i sprawdzenie formy na średnio trudnej przełęczy. Wszystko zależało od sytuacji w domu. Nie chciałem zostawić żony nawet na pół dnia z trójką dzieci bez pomocy.

Chyba nie jadę

Kilka dni przed wyjazdem wszystko zaczęło się sypać. Najpierw moja żona się pochorowała, później okazało się, że nie przyjeżdża do nas kuzynka żony, która mogła nieco pomóc przy ogarnięciu dzieci pod moją nieobecność – też się pochorowała. Dzień przed wyjazdem dzwoni mój znajomy, jest chory i nie jedzie. Pogoda zapowiada deszcz… Co robić? Chyba dam sobie spokój. Krótka rozmowa z Ewą (moja ukochana żona), każe mi jechać. No dobra… Z żoną się nie można kłócić.

Jadę

Ruszam punktualnie o 7.00. Jest zimno i niemal jeszcze ciemno. Niebo całkiem zachmurzone, nie przejmuje się tym i kręcę. Pierwsza godzina to trasa dobrze mi znana, płaska jak stół. Jadę powoli, tętno niskie, samopoczucie dobre. Tylko nieco zimno.

Druga godzinka to nieco bardziej pofalowany teren. Jadę spokojnie, co chwila zmuszając się do nieszarżowania. Mijam piękny Rapperswil nad Jeziorem Zuryskim, stąd jeszcze kilka kilometrów i jestem w Siebnen. Uzupełnienie wody w bidonach, krótka przerwa i…

Wspinaczka

Pierwsze kilometry to łagodny podjazd. Powoli droga zaczyna piąć się coraz wyżej, podjazd coraz sztywniejszy. Ciągle spoglądam na Garmina kontrolując tętno. Strefa 4, trzeba uważać. Naciskam na pedały powoli pnąc się do góry. 3km… 4km… Coraz stromiej, 5%… 6%… 7%… Mam jeszcze kilka przerzutek w zanadrzu, nie będzie źle. Pierwsze 6km minęło szybko. Po drodze kilka odcinków niemal zupełnie płaskich, dobry moment na złapanie oddechu, parę łyków izotonika. Skręt w prawo na most, przede mną zasadnicza część podjazdu.

Zaczęło się

Kolejne dwa kilometry ciągnęły się niemal w nieskończoność. Gradient od 7% do 9%. Wrzuciłem ostatnią przerzutkę. Więcej nie ma. Jakoś trzeba się wtoczyć. Tętno ciągle w strefie 4, ale już prawie na granicy. Kadencją spadła do 70. Trochę za mało. Ale jak przyśpieszę, serce mi chyba wyskoczy.

Kilometr nr 7 za mną. Kurcze, coś chyba z rowerem nie tak. Nie może tak ciężko iść. Flak, może hamulce trą. Nie, to tylko gradient wskoczył do dwucyfrowego przedziału i zatrzymał się na 12%. Naciskam na pedały, kręcę powoli i jadę dalej. W głowie tylko jedna myśl: „byle do szczytu”. Mijam jeden zakręt, następny, następny. Wokół cisza, słychać tylko szum strumyka, śpiewające ptaki i mój ciężki oddech. Co chwilę próbuję zmienić przerzutkę na niższą, ale się nie da. Już nie ma więcej. Ciągnę dalej…

Patrzę na licznik, jeszcze 3km. Profil pokazuje, że powinno się zrobić lżej, rzeczywistość ma jednak inne zdanie. Ciągle więcej niż 10%, a ja mam coraz mniej siły. Czy faktycznie jestem taki słaby, czy może to tylko moja głowa? Patrzę w lewo, poniżej widzę kilka zakrętów, które już pokonałem. Las się powoli przerzedza, coraz jaśniej, droga jakby szybciej mija. Kręcę dalej i… co już? Szczyt? Tak! Jestem!

Szczyt

Na szczycie Sattelegg… powiedzmy sobie szczerze, nie czeka na nas nic ciekawego. Widok nie zapiera tchu w piersiach. Żeby zobaczyć piękne widoki, trzeba by się było wybrać jeszcze wyżej, ale do tego potrzebny byłby rower górski. Pierwotny plan zakładał ciepły posiłek w restauracji, była dopiero 10:30 i nie byłem głodny, postanowiłem więc jechać dalej i ewentualnie zjeść coś ciepłego później.

Zjazd

Ruszyłem w dół. Miało być powoli, trzeba zrobić przecież kilka zdjęć. Coraz szybciej, pierwszy zakręt, jeszcze szybciej. O kurcze… ale ja lubię jeździć w dół. I ten rower… trzyma się w zakrętach jak przyklejony. Jadę coraz szybciej, zakręt, składam się… O nieeeee… zakręt się zaciska. Chyba będą kłopoty… Ale nie, pochylam się jeszcze trochę i rower posłusznie wybiera zakręt. Prosta, pedałuje jak najszybciej mogę, znów brakuje przełożeń, tym razem tych najszybszych. Następne zakręty, lewy, prawy. Wow, ale ten rower jest niesamowity. Poprzedni szosowy był strasznie podsterowny, ten jest po prostu cudownie zbalansowany, robi wszystko, co chcę.

Patelnia, ciągnę hamulce jak najpóźniej tylko się ważę. Rower niemal się zatrzymuje, prawie wypadam z siodełka. Nieźle jak na takie tanie hamulce. Znów w dół. Pędzę szybko, dawno nie czułem się tak żywy. Co? Już koniec? Zjazd ma tylko 5km, mijają w mgnieniu oka. Ja chcę więcej!

Dalej

Kolejne kilka kilometrów to droga wokół jeziora Sihlsee. Nic ciekawego, jezioro w niczym nie przypomina najpiękniejszych szwajcarskich jezior. Dalej droga zaczyna prowadzić nieco w dół. Jadę przez małe wioski, łąki, pustkowia. Wszędzie natura rodzi się do życia po długiej zimie, zielone drzewa wysypały się pięknymi kwiatami. Gdyby jeszcze tylko słońce wyszło zza chmur byłoby idealnie.

Albispass

Nie jest to może najpiękniejsza, ani najcięższa przełęcz w okolicy, ale postanowiłem ją wybrać mimo to. Podjazd składa się z 3 krótkich odcinków, każdy z nich ma około 1-2 km i nachylenie od 4% do 7%. Nic trudnego, ale przejechane 110km daje znać o sobie. Wjeżdżam na przełęcz, kilka zdjęć i jadę do domu.

Końcówka

Ostatnie 20km to jazda na przedmieściach Zurychu i później przez samo centrum. Deszcz zaczął kropić, ale na szczęście na strachu się skończyło i udało się dojechać bez przedwczesnego prysznica. Po 132km i 5.5h jazdy byłem w domu. Bogatszy o trochę doświadczeń i przeżyć. To był dobry wyjazd.

Wnioski

Forma

Moja aktualna forma jest na tyle dobra, żeby przejechać ponad 130km w przyzwoitym tempie i nie cierpieć. Nie jest jednak wystarczająco dobra, aby pokonać średnio trudną przełęcz w zadowalającym mnie tempie. Dużo pracy przede mną.

Rower

Mój Specialized Tarmac jest nieziemski. Jasne, mógłby być nieco lżejszy, bardziej aerodynamiczny itd… Ale na zjazdach jest po prostu idealny. Opony super trzymają, jest przewidywalny i robi wszystko to, co chcę. Tak naprawdę to ani razu nawet nie zbliżyłem się do granic jego możliwości. I jeszcze długo się nie zbliżę.

Przełożenia

Fabrycznie rower ma średnią korbę (36-52) i w sumie już standardową 11 rzędową kasetę (11-28). Z przodu 36 zębową tarczę wymieniłem na 34 zębową, na pewno trochę pomogło. Ale gdy gradient przekroczył 10%, było ciągle nieco za mało. Chyba trzeba będzie kupić kasetę 11-32. Trochę więcej komfortu nikomu jeszcze nie zaszkodziło.

Sattelegg

W sumie fajny podjazd. Wymagający i w miarę blisko. Na pewno jeszcze kilka razy się tam wybiorę. Widoków pięknych nie ma, ale to tylko podnóża Alp. Widoki będą później.

Podsumowanie

Biorąc pod uwagę wszystkie przeciwności losu, sam fakt, że mogłem wybrać się na tę krótką wyprawę trzeba uznać za duży sukces. Fajnie też się było sprawdzić na prawdziwej przełęczy. Forma idzie do góry i jest na dużo wyższym poziomie niż w najlepszym momencie w zeszłym roku, ale jeszcze daleko do satysfakcjonującego mnie poziomu. Długa droga przede mną!