Klausen Pass (Altdorf)

Jednym z moich celów na rok 2015 jest przejechanie co najmniej 5 dużych Alpejskich przełęczy. Śnieg już stopniał, wszystkie przełęcze otwarte, nie ma więc już żadnych wymówek, trzeba zdobywać. Jedyny problem to chroniczny brak czasu. Na szczęście mam żonę, która wspiera mnie jak tylko może i w końcu, w sobotę udało się wybrać na kilka godzin na rower.

Przełęcz, która jest chyba najbliżej położona od Zurychu to Klausen Pass. Podjazd z południa, z miejscowości Altdorf zaczyna się na wysokości 451 m i kończy na 1948 m. W sumie 24.6 km ze średnim nachyleniem 6.1% daje 1497 m podjazdu. Maksymalne nachylenie to ‚tylko’ 10%…

Altdorf to miejscowość, z której pochodzi Wilhelm Tell, jeden z założycieli Szwajcarii. Miejsce to ma więc szczególną atmosferę i urok.

Jezioro Czterech Kantonów

Trasę zacząłem w Brunnen, nad Jeziorem Czterech Kantonów. Pierwsze kilkanaście kilometrów to malownicza ścieżka rowerowa. Przebiega ona zaraz obok bardzo ruchliwej drogi, więc jest głośno. Warto było ją jednak przejechać, bo widoki są naprawdę niesamowite. Szkoda tylko, że pogoda była nieco kiepska.

Trasa momentami prowadzi po półkach skalnych, przechodzi przez kilka tunelów. Kończy się w ślicznej małej miejscowości Altdorf. Tu zaczyna się wyjazd na przełęcz.

Plan był jeden: wyjechać na górę i cieszyć się z jazdy. Założyłem tempo umiarkowane, daleko od granicy możliwości, ale też nie tak żeby jechać 3 godziny. Jedziemy.

Podjazd

Pierwsze 10km podjazdu są umiarkowanie ciężkie. Średni gradient to 6%, łatwo więc znaleźć dobre tempo. Gradient jest dość stały, co ułatwia znalezienie dobrego rytmu.

Droga kilka razy zakręca, zostawia w tyle dolinę i jezioro. Kilka krótkich przerw na zdjęcia i jedziemy dalej.

Po 10 km chwila wytchnienia i krótki zjazd w dół. Później zaczyna się zasadnicza część podjazdu. Jest nieco bardziej stromo, ale nie ekstremalnie. Satelegg był dużo bardziej stromy.

Powoli piąłem się w górę, droga zaczynała się zwężać. Po prawej stronie pojawiła się dość duża przepaść i jedynie mała barierka oddzielała od niej drogę. Ruch był bardzo mały, minęło mnie może kilka samochodów i motocyklów. Czułem się bardzo dobrze.

Kilometry leciały, zmieniało się otoczenie. Lasy i rzeki, zamieniły się na półki skalne i urwiska. Kolejne kilka kilometrów i w końcu widać szczyt.

Ostatnia prosta

Przed ostatnim zakrętem gradient nieco zmalał. Kilkaset metrów dalej Hotel Klausenpasshöhe. Wszystko szło super. Jeszcze tylko trochę, a sił mam całkiem sporo. I wtedy zaczęły się schody.

Po minięciu hotelu wyjeżdża się na niemal zupełnie otwartą przestrzeń, nagle pojawił się tak ogromny wiatr, że samo utrzymanie się na rowerze było sukcesem. Powoli przesuwałem się do przodu. I wtedy wpadłem na świetny pomysł, zapnę sobie koszulkę. Musiałem się zatrzymać, bo przy takim wietrze inaczej się nie da. Koszulka zapięta, zaczynam wpinać pedały… i wtedy w obu łydkach dostałem takich skurczy, że prawie spadłem z roweru. Później skurcz w ramieniu i… poczułem się jak kłoda drewna… Zacząłem rozciągać mięśnie, ale było już za późno. W obu łydkach uczucie jakby ktoś wywiercił mi dwie wielkie dziury. Na szczyt ledwo się wtoczyłem.

Szczyt

Pokonanie przełęczy było bolesne, ale bardzo satysfakcjonujące. Gdyby nie skurcze na ostatniej prostej, mógłbym napisać, że wyjazd był naprawdę bez problemów. Widoki były jednak warte cierpienia.

Pół godzinna przerwa na bulion i hot doga (nie polecam) i pora na jazdę w dół. Czułem się kiepsko. Skurcze kompletnie mnie rozbiły. Dobrze, że teraz będzie długi zjazd, pomoże nieco się zregenerować.

Zjazd

Zjazd w dół jest długi i trochę wyboisty, ale sprawia ogromną frajdę. Wszystko szło super, aż do krótkiego podjazdu w połowie. Nagle lewy pedał zaczął się ruszać na lewo i prawo. Co jest? Patrzę, a to korba zaczęła się odkręcać. Kilka kilometrów później zupełnie odpadła. I co teraz? Żeby ją przykręcić trzeba olbrzymiego imbusa, gdzie ja w sobotę po południu znajdę kogoś, kto takiego będzie miał?!?!

Korbę udało mi się palcami prowizorycznie przykręcić i po prawie godzinie pedałowania jedną nogą i szukania kogoś kto może mi pomóc, znalazłem otwarty sklep rowerowy. Minuta pracy i rower wrócił do pełni sprawności.

Ostatnie kilkanaście kilometrów to powrót tą samą drogą wzdłuż Jeziora Czterech Kantonów. Tym razem pogoda była świetna, w blasku słońca jezioro pokazało swój błękitny kolor. Świetna trasa!

Na koniec

Klausenpass to naprawdę piękna przełęcz. Długa i wyczerpująca, ale widoki są warte wysiłku. Na pewno nie była to moja ostatnia wyprawa w te strony.

Pierwsza duża przełęcz w tym roku zdobyta. Teraz przez 2 tygodnie przygotowania do maratonu BerGiBike, a później kolejne przełęcze. Jakie? Jeszcze nie wiem, po głowie chodzi mi Albula i St. Gotthard.