Sattelegg + Ibergereggpass

Jednym z moich głównych celów w tym roku jest przejechanie conajmniej pięciu przełęczy alpejskich. Z okazji odwiedzin Janka i moich urodzin, postanowiłem na dobre rozpocząć sezon i wybrać się na małą wyprawę. W połowie marca większość przełęczy jest jeszcze zamknięta, więc wybór był bardzo ograniczony. Padło na dwie mniejsze przełęcze otwarte cały rok - Sattelegg i Ibergereggpass.

Początek tego roku w moim wykonaniu nie był najlepszy. Po 2 miesiącach przejechanych tylko 73 km. Plany były ambitne… na planach się skończyło. Formy więc nie było. Wizja przejechania trasy ponad 100 kilometrowej z przewyższeniem bliskimi 2000 metrów nieco mnie przerażała. No ale co? Ja miałbym nie dać rady.

Sobota, 19 marca. Punktualnie o 7:30 pobudka. Pakujemy rowery do samochodu i jedziemy do Pfäffikon, małej miejscowości przy jeziorze Zuryskim. Dochodzi 9:00, ruszamy. Zimno, 6°C. Przynajmniej powoli wychodzi słońce.

Mija pierwsze 10km. Tempo umiarkowane. Na razie jest ok. W Siebnen zaczyna się pierwszy podjazd – Sattelegg. Jechałem go w zeszłym roku, więc wiem czego się spodziewać. W sumie 11.6 km i średnie nachylenie 6.3% nie brzmi źle, w rzeczywistości jednak jest dużo gorzej, podjazd składa się z 2 części – pierwsza łatwiejsza, druga naprawdę trudna.

Ruszamy. Trzymam koło Janka może przez pierwszy kilometr. Jankowi skończyła się cierpliwość więc jedzie sam do przodu. Mój cel jest jeden – wyjechać na górę i zostawić choć trochę sił na resztę trasy. Powoli jadę, słońce coraz mocniej grzeje, pojawiają się piękne widoki.

Pierwsza cześć to w sumie 6 km ze średnim nachyleniem ok. 4.6%. Idzie więc całkiem nieźle. Dalej skręt w prawo, przez mały mostek i zaczyna się druga cześć – istna mordęga! 5.5 km ze średnim nachyleniem ok. 8.5% i maksymalnym powyżej 15%. Tu naprawdę trzeba mieć dużo siły! Ja nie mam.

Przynajmniej mam nieco lepsze przełożenie niż w zeszłym roku, 34 z przodu, 32 z tyłu. I tak kadencja spada momentami do 50… Zaczyna się tropienie węża.

W końcu jestem na górze. Janek czeka i delektuje się słońcem. Wokoło jeszcze masę śniegu, nieopodal mały wyciąg narciarski. Chyba wolałbym teraz jeździć na nartach.

Chwila odpoczynku i jedziemy w dół. Na zjeździe zamarzają mi palce u rąk. Wystarczyło tylko kilka kilometrów żeby kompletnie wymarznąć. Dalej jazda wzdłuż Sihlsee, nieco ponad 10 km płaskiej drogi i w Unteriberg zaczyna się kolejny podjazd.

Ibergeregg ma w sumie 8.8 km o średnim nachyleniu 5.4%. Naprawdę ładny podjazd. Część bardziej otwarta, część wąska drogą przez las. Na całym podjeździe minęły mnie może 3 samochody. Cisza, spokój, piękna natura.

Janek znów pognał do przodu, ja powoli wtoczyłem się na górę. Znów chwila przerwy i lecimy w dół. Po drodze kilka zdjęć i po kolejnych 24 km jesteśmy nad jeziorem Zug. Przepiękne miejsce. Nie miałem czasu zbytnio na podziwianie uroków, bo Janek nadał takie tempo, że ledwo trzymałem mu koło. Dałem jedną zmianę, ale skończyły mi się strefy tętna, więc więcej się nie wygłupiałem.

Miasto Zug jest piękne. Tym razem nie było czasu na zwiedzanie. Do końca jeszcze sporo. Krótki podjazd do Hirzel, parę chopek i zjazd do Pfäffikon. W sumie 113.5 km i nieco ponad 5.5 h jazdy. Gran Fondo na Stravie zaliczone, pierwsze przełęcze zaliczone. Świetna trasa.

Wyjazd uznaję za bardzo udany. Przełęcze naprawdę fajne, blisko i o otwarte o tej porze roku. Podjazd pod Sattelegg naprawdę trudny, chyba za trudny na moją dyspozycje. Za to Ibergeregg po prostu super, przepiękna trasa i o dużo bardziej przyjaznej trudności. Polecam każdemu.

Po ciężkim (brak motywacji) początku roku, w końcu na nowo odrodziła się chęć do jazdy. Jestem 2 miesiące do tyłu, słabość nad słaboście, ale nie szkodzi. Do końca roku jeszcze sporo, na pewno jakąś formę się uda zbudować i pokonać kilka przełęczy. Plany są, trzeba jeździć.